poniedziałek, 2 września 2013

Czekając na kasztany...



Wrzesień.
A jak wrzesień, to i kasztany.
Lubię tę porę roku, ale dziś jestem w środku huraganu emocjonalnego.
Zbierałam się do tego wpisu - odkąd strach wrócił do Marzeny Erm, noszę to wszystko w sobie od paru dni, a dziś jeszcze po rozmowie telefonicznej z Renatą, która leży w pokoju szpitalnym na Onkologii w Poznaniu, do momentu korespondencji wieczornej, a właściwie nocnej z Marzeną Erm, która założyła event z przejmującą prośbą o wsparcie dla Eweliny Olender.

Dlatego nie wytrzymałam i właśnie tu i teraz, gdzie patrzę na moją córkę, która też jeszcze nie śpi i Jej wyciągnięte ciało leży na sofie, w środku nocy siadłam i piszę o tym wszystkim.
Piszę, słucham nuty - która wpadła w ucho i nie chce z niego wypaść, zatrzymuję się co chwila, wycieram łzy i piszę.
''Gdy dojrzeją pomarańcze'' ( voc. Magda Maciejec).

Boję się tego powiedzieć na głos...
BRAKUJE mi mojego Taty.
Bardzo!
Brakuje w moim życiu mężczyzny, brakuje mi mojego Taty.

Czas bym powiedziała też prawdę, której nikt tak naprawdę nie zna...
Doskonale wiem, jak czują się ludzie - którzy słyszą od lekarza diagnozę, która wtedy, w tamtej chwili wydaje się być wyrokiem.
Ja to wiem.
Dlatego to potrafię czuć i dlatego jest mi tak ostatnio ciężko.
Parę lat temu mieszkałyśmy z Olą w północno - wschodniej części Londynu, a dokładnie na Hackney - gdzie trafiłam pewnego dnia do Homerton Hospital i jest to najgorszy szpital w jakim kiedykolwiek byłyśmy!.
Tam mnie ''dokładnie'' przebadano i mogłam wyjść wieczorem do domu.
Po dwóch tygodniach otrzymałam telefon, ze szpitala.
Proszono mnie bym jak najszybciej się zgłosiła, gdyż wyniki badań, które mi przeprowadzono są niepokojące.
Zgłosiłam się natychmiast.

Lekarz, młody Hindus siedzący przy biurku wyłtumaczył wszystko bardzo spokojnie, nie mając pojęcia co się ze mną dzieje.
Nie byłam wtedy spokojna i wstyd mi dziś o tym napisać, bo nie potrafiłam wtedy, w tamtej chwili okazać żadnej emocji, nauczyłam się tego potem.
Dowiedziałam się wtedy, że jest to guz mózgu, dość duży i trzeba szybko decydować się na operację.
Zapytał jedynie o to, czy mam rodzinę, czy żyje tutaj sama.
Nie powiedziałam wtedy, że mam córkę.
Ola miała 14 lat, ja 31.
Opuszczając szpital tamtego dnia, wiedziałam, że mam ...kilka miesięcy, może rok - jeśli nie zdecyduję się na operację.
A jeśli się zdecyduję, to i tak nie mam gwarancji.
Tak mi powiedziano.
Na operację zdecydowałam się zanim opuściłam gabinet lekarza.
Miałam niebawem poznać termin.
Droga do miejsca zamieszkania wtedy, choć była dość krótka - była najdłuższą z tych, które moje nogi pokonać musiały.
Mogłam podzielić się wtedy z jednym człowiekiem tym i też nie byłam pewna, czy dobrze jest w ogóle się tym dzielić.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer.
Powiedziałam, tak po prostu - a potem się rozryczałam stojąc na chodniku przy jakiejś High Street, mając za sobą pewien bagaż doświadczeń, nie wiedziałam wtedy co mnie czeka, jak to ogarnąć, co zrobić, by było właściwie.
Nie miałam koło siebie mężczyzny, właściwie ja go nigdy nie miałam, zawsze w najtrudniejszych momentach byłam sama, nie było wtedy nikogo koło mnie, komu mogłam wpaść w ramiona i zaszlochać.
Nie chciałam tym dzielić się z rodziną, która wtedy była blisko.
Żyła nieopodal mnie córka mojej ciotki.
Nie chciałam, bo też nie chciałam, by dotarło to do moich najbliższych.
Do Mamy, do Brata, do ludzi.
Łzy otarłam i pierwszego wieczora udawałam przed sobą i przed Olą, że nic się nie stało.
Udawanie i zabawa w normalność trwała do momentu, w którym dowiedziałam się o ...dacie operacji.
Pojawił się strach.
Strach o zorganizowanie wszystkiego, Ola i Jej szkoła, opieka nad Nią, moja nieobecność spowodowana pobytem w szpitalu, pojawiła się panika, również o to, czy to się uda i jak potem bedzie - jakie będzie to ''potem''.
Nie dało się inaczej, jak delikatnie jakoś powiedzieć o tym córce mojej ciotki, mając nadzieję, że pomoże podczas mojej nieobecności.
I wiem, że pomogłaby.

I pomogła.
Poinformowała moich najbliższych.
Nawet nie chce sobie wyobrazić tego, co musieli wtedy oni czuć.
I jak to może czasem jest w takich sytuacjach, odbyła się wtedy narada rodzinna.
Zadzwonił telefon, po drugiej stronie słuchawki była moja Mama, Brat i połowa mojej rodziny.
I nie byłam już sama.
Oni bali się zadawać pytania, a ja bałam się odpowiadać na nie.
Rozmowy z moim Bratem, który ma kłopot z mówieniem o uczuciach, zwłaszcza wtedy kiedy inni słuchają - tej rozmowy nigdy nie zapomnę.
Zapisałam ją w sercu, na zawsze.
Dobrze, że nikt z Was mnie teraz nie widzi - na nosie mam okulary, a łzy kapią mi z czubka nosa na dłonie i klawiaturę.
To jest mój pieprzony emocjonalny kataklizm ostatnich dni!

TA OD TEGO RAKA! siedzi i płacze, dochodzi 3am, Ola już pewnie śpi u siebie, strasznie długo trwa to moje pisanie i też nie wiem, czy dobrze robię pisząc o tym.
Bo i po co?
Dla kogo?

Koniec tej historii?
Zaangażowana w sprawę sąsiadka, a jednocześnie przyjaciel rodziny, pracownik szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki zorganizowała badania dla mnie.
Godząc się z tym wszystkim - miałam jeszcze nadzieję, że ta angielska służba zdrowia to rzeczywiście tylko paracetamol i nic więcej, dlatego pomysł na wizytę u innego lekarza.
Takiego swojego, w swoim kraju - jakby to miało mnie ocalić.
Wszyscy zgodziliśmy się z tym, że przylatuję na rezonans magnetyczny.

Koniec tej historii?
Ponownie zadzwonił po paru dniach telefon.
Recepcjonistka ze szpitala prosiła o pilne zgłoszenie się do szpitala.
Umówiła mnie na za trzy dni później i tylko po to, bym mogła dowiedzieć się, że zaszła pomyłka.
Wyniki z guzem były prawdziwe, ale nie moje.
Należały do kogoś innego.
A ja ponownie zostałam zostawiona samej sobie, nagrodą miało być dla mnie, to że zwrócono mi prawo do radości z tego, że w ogóle żyję.

Droga do domu była ponownie długa, ale pierwszego człowieka jakiego spotkałam wtedy po wyjściu z tego ''szpitala'' ucałowałam.
Nie wiedział dlaczego, ale wiedział, że to było dla mnie coś ponad ludzkie siły, widział moje błyszczące oczy, odwzajemnił i w takim stanie go zostawiłam na swojej drodze do domu.
Nie wiem kim był ten człowiek.
Ja byłam szczęśliwa, wtedy nawet nie myślałam o tym, by ukarać to miejsce, które odebrało mi prawie miesiąc mojego życia.
Po powrocie do domu - zwymiotowałam.
Spuściłam wodę i zapomniałam.
Zaczęłam żyć inaczej, wciąż popełniając jakieś błędy, ale wiedziałam że kocham inaczej, mocniej.
Wszysto było mocniej.
Każda pasja, każdy zachwyt, każdy błąd.
Mocniej.
Po długim czasie dowiedziałam się, że mój Brat, wtedy po rozmowie ze mną, w nocy - płakał, szlochał w poduszkę.

Nigdy już do tego nie wróciliśmy, nie rozmawialiśmy.
Może przeczyta to teraz i będzie wiedział, że dziś ... ja płakałam.

DLATEGO wiem!
Potrafię zrozumieć.
Potrafię zrozumieć - kiedy piękna dwudziestopięcioletnia dziewczyna pragnie żyć i broni się przed każdą łzą, każdym uczuciem żalu, strachu, bezradności.
Ja wtedy miałam dziecko, bagaż doświadczeń - wiedziała
m jak to jest, kiedy zostaje się matką kiedy podaje się pierś dziecku do ust, kiedy całuje się maleńką rączkę, kiedy żyje się na 100 procent.
A co się dzieje z dziewczynami, które dopiero startują w dorosłe życie, odkładają podręczniki, które nagle żyją ze świadomością tego, iż nigdy nie doświadczą tego wszystkiego?
Potrafię zrozumieć - kiedy trzydziestosześcioletnia matka leży sama w pokoju szpitala i czeka na swoje niepewne jutro.
Tęskni za swoimi dziećmi, za bałaganem w domu, za kurzem na telewizorze.

Jestem pełna podziwu, bo te kobiety mają pełną diagnozę, sprawdzoną jak sądzę kilkanaście razy i starają się żyć intensywniej, pełniej, piękniej.
Dziś, a właściwie to już wczoraj (dochodzi godzina czwarta nad ranem)słyszałam od Renaty, której życie łamie się w sercu, a twarz wykrzywia cierpienie, jak bardzo żal, jak ogromne jest to uczucie bezsilności, niewiedzy o swoim jutrze.
Gadałyśmy o kotach, o głośnych ulicach Poznania i cichych miejscach, w których się pięknie żyje, by choć na moment odwrocić ten ''zainfekowany'' mózg od tego co się w nim teraz dzieje, śmiałyśmy się, zatrzymywałyśmy się i łapałyśmy oddech.
Czytam o tych emocjach zapisanych w słowach każdego dnia, bo dziewczyny do mnie piszą bardzo intensywnie i właściwie poprzedni tydzień to był trudny moment, sama poczułam, że uchodzi ze mnie powietrze i ta pozytywna energia.
Chyba potrzebowałam kogoś kto właśnie mnie przytuliłby w jakiś sposób, albo chociaż okazał się jakimś fizycznie ciepłym gestem - zrobiła to Ola i przyjaciel, który wirtualnie przesłał mi porcję swojej energii.
Pomogło, ale wczoraj rano niczym jakaś bomba wpadła do mnie wiadomość od Renaty.
I tak będę - nie martw się Renia!
Będę, tak jak chciałaś, będę wspierać, każdym głupim wpisem na facebooku, jakkolwiek.
Rozmowami telefonicznymi, będę ładowała między słowa pokłady energii, bo wiem że teraz jej potrzebujesz.
Renata, Marzena, Ewelina.
Będę dla Was!
Wymyśliłam coś - co może w jakiś sposób pomoże, choć na moment, bo pozytywne nastawienie to czasem więcej niż torba leków, a jakąkolwiek możliwość trzeba sprawdzić i moć z niej skorzystać.
W tym tygodniu czekamy na wiadomości od Renaty z Poznania, przygotowujemy się emocjonalnie do przeszczepu szpiku kostnego Eweliny od niespokrewnionego dawcy, wspieramy Marzenę, która niebawem sama będzie pokonywać kolejny etap raka.
Ja będę zbierać kasztany i cieszyć się nimi.
Poślę do każdej z Nich kasztana ode mnie, którego sama znajdę, podniosę i prześlę z tą mega pozytywną energią, z kawałkiem siebie, moich doświadczeń, małych radości, a jednocześnie tak dużych.

Nawet jeśli skaleczę swoje dłonie kolcami łupiny, łupiny niczym pancerza to i tak nic w porównaniu z tym, przez co będą przechodziły dziewczyny.
Jesień nie będzie dla nich łatwa.
Rak nie jest łatwy.

Boli mnie głowa, a rano jak się obudzę - będę miała powieki jak ''serdelki'', popłakałam - czuję się lepiej i wiem, że to jedynie takie momenty mnie budują, kiedy umieram sama dla siebie, i rodzę się od nowa - silniejsza.

(...) Bo wiem, że kiedyś w moim niebie już nie będzie ani wiosny, ani Ciebie. Będą boleć wszystkie słowa, ale już nie będą milczeć i żałować. Gdy dojrzeją pomarańcze... (...)


http://www.youtube.com/watch?v=0d0TYxwxNYg&feature=share

Wciąż zostawiłam bez odpowiedzi pytanie dlaczego TA OD TEGO RAKA, to jest też inna historia, krótka, zabawna, zdecydowanie inna, odpowiem na nie wkrótce tym, którzy je zadali.
Przeczytacie :)

SIŁA KOLORU

http://silakoloru.pl/


SIŁA KOLORU


8 września (niedziela) - kto z Warszawy i okolic - niech się czuje zaproszony!;)
Jeśli nie masz pomysłu na pierwszy weekend września, a chciałbyś zrobić coś dla innych - w trzech miejscach w Warszawie możesz świetnie spędzić czas.
Zabierz rodzinę ze sobą!
To szansa na poprawienie kondycji na siłowniach plenerowych, a przede wszystkim niesamowita cegiełka na rzecz chorych na nowotwory.
W godzinach od 11.00 do 15.00 ćwicząc pomożesz zebrać litry farby potrzebne do odnowienia Centrum Onkologii.
Szczegóły projektu znajdziecie na stronie 
http://silakoloru.pl/

https://www.facebook.com/events/473185426111132/

http://raknroll.pl/projekty

http://prokopowicz.natemat.pl/72893,centrum-onkologii-w-budowie


https://www.facebook.com/pages/Fundacja-RaknRoll-Wygraj-%C5%BBycie/305950490392


piątek, 30 sierpnia 2013

Przesolony makaron ...

https://www.facebook.com/walkazbialaczka



Wspaniali czytający,

wiem, że zaglądacie tutaj będąc w różnych częściach świata.
Bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że oprócz tego czym dzielę się od siebie, to czym dzielę się teraz trafi do Was również.
Będzie fantastycznie jeśli podacie to dalej, pokażecie innym.
Dziś mam dzień pełen emocji - różnych - ale głównie tych pozytywnych, gdzie zwątpienie jest tak samo ważne jak ta moja dobra energia.
Dziś mi mina spadła, ale po to by się odbudować na nowo, by ponownie uwierzyć.
Dlatego też wiem, że obecność ludzi, nawet jeśli są po drugiej stronie klawiatury - jest bardzo ważna.
Nie tylko dla tych potrzebujących i słabszych, ale też dla tych zdrowych i silnych - by dalej iść po tej wyboistej drodze i omijać przeszkody.
Omijać przeszkody za tych innych, którzy nie mają siły ich ominąć.
Chociaż czasem mam wrażenie, że to Oni mają więcej siły, aniżeli my zdrowi, że to my możemy czerpać od Nich tę siłę i dla siebie.
Wklejam Wam wiadomość z facebooka.
Przekażcie dalej, proszę.
Nie wypiłam ani jednego kubka zielonej herbaty z Eweliną, a jest mi dość bliska.
Obiecuję sobie, że wypiję z Nią tę herbatę i z Marzeną Erm, że przegAdamy to wszystko o czym czasem wzajemnie piszemy, czytamy.
Ewelina potrzebuje wsparcia finansowego, jeszcze go potrzebuje.
Wpłacajcie po jednej monecie, z tych monet zrobi się solidny banknot.


Po rozmowach dziś z dobrymi ludźmi, wzięłam się za obiad.
Nie chciałam by moja córka widziała jak płaczę, no i popłakałam sobie nad gotującym się makaronem, dobrze że okap kuchenny warczy jak rozgrzany kombajn podczas żniw - to prawie mi się udało zrobić to bezszelestnie.

Chociaż to mądry dzieciak!
Zna mnie tak dobrze, że wie kiedy mam swobodę myślenia.
To moja córka, ma dwadzieścia lat.
Jest prawie w wieku Eweliny, i innych młodych ludzi, którzy tak bardzo pragną żyć...

Przez te wszystkie emocje dziś swoim tonem napadłam na ludzi.
Zupełnie niepotrzebnie.
Zaczęło się od rana.
Dziewczyna z Fundacji Siepomaga miała dobre intencje, tylko ja zawsze doszukuję się niewiadomo czego, ze zwykłej ostrożności - nie o siebie, a o innych.
Potem zadzwoniłam i porozmawiałam, zrozumiałyśmy się.
Grabaż, Pan Krzysztof Grabowski też niepotrzebnie tłumaczył mi to, co niby jest oczywiste, ale nie rozumiem tego.
Ja tego nie rozumiem - jak ktoś mi pisze w taki sposób.

Przez tę właśnie walkę nie jestem w stanie pogodzić się z reakcją innych, przecież każdy małym krokiem i z innym człowiekiem może dokonać rzeczy wielkich.
Jutro inaczej na to spojrzę, bo rzeczywiście trzeba być gotowym na wszystko i tak jak mi ktoś dziś podniósł skrzydełka - tak ja od jutra jestem gotowa do walki o to wszystko.
Przeczytajcie to co poniżej, wklejcie na swoich profilach, stronach - są trzy edycje językowe, wykorzystajmy to.

Wiem, że ciągle Was o coś proszę, ale po to też jestem tutaj.
Każda odsłona tego wpisu to szansa dla Eweliny i innych.

Dziękuję Wam, bo wiem że nie zawiedziecie.
Patka


https://www.facebook.com/walkazbialaczka

https://www.facebook.com/events/1413149762230306/


Kochani,
drugi raz prosimy Was o pomoc dla 23- letniej Eweliny, która walczy z ostrą białaczką szpikową.

Po ponad roku oczekiwania znalazł się dla Eweliny dawca szpiku kostnego - człowiek, który jest bliźniakiem genetycznym Eweliny i pragnie się podzielić cząstką siebie.

Po przeszczepie Ewelinę czeka kilkumiesięczne, bardzo kosztowne leczenie poprzeszczepowe, mające na celu zapobieganie odrzuceniu nowego szpiku oraz ochronę organizmu.

Największy problem to zakup nierefundowanego leku Noxafil. Jedna butelka, tj. 105 ml leku, starcza na tydzień. Koszt jej zakupu wynosi od marca ok. 5000 zł (http://bazalekow.mp.pl/leki/item.html?id=24101). W efekcie końcowym miesięczny koszt leczenia to ok. 20 000 zł. Okres głębokiego obniżenia odporności będzie wynosił około 6 miesięcy, co oznacza, że 6-miesięczny koszt stosowania tego leku będzie wynosił około 120 000 zł.

Darowiznę przekazaną na leczenie Eweliny można odliczyć od podatku - wystarczy zachować dowód wpłaty.

Bardzo prosimy Was o wsparcie:

Stowarzyszenie "Przymierze - Ziemia Piska"
Plac Daszyńskiego 11A
12-200 Pisz
Nr konta: 47 9364 0000 2002 2014 4915 0010
Tytuł wpłaty: NA LECZENIE EWELINY OLENDER

PayPal: ewelinaolender.de@gmail.com

Dane do przelewów walutowych:

Rachunek walutowy EUR:
ING Bank Śląski
IBAN :PL 98 1050 1025 1000 0090 7717 9076
SWIFT/BIC INGBPLPW
(Tytuł: Olender, 1913)

Rachunek walutowy USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL77 1600 1286 0003 0031 8642 6022
(Tytuł: Olender, 1913)

Rachunek dla przelewów zagranicznych innych niż w EUR I USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
SWIFT/BIC: PPAB PLPK
(Tytuły: Olender, 1913)


Dziękujemy! Liczy się każdy grosz!


ENGLISH:

It's the second time that we ask you for help for 23 year old Ewelina who suffers from acute myeloid leukemia.
After over a year of waiting, a doner of bone marrow for Ewelina has been found - he's Ewelina's genetical twin and wants to share a part of himself with her.
After a transplant Ewelina is going to need a long term treatment which will cost a great amount of money but will hopefully prevent a rejection of the bone marrow and help to protect the organism.
The biggest problem is a purchase of Noxafil - a medicine not refunded by a Polish health service. One bottle of it (105 ml) lasts for a week and costs about 5000 zł (http://bazalekow.mp.pl/leki/item.html?id=24101), therefore a monthly cost of the treatment is about 20 000 zł. Ewelina will probably need to use the medicine for 6 months, which gives us a sum of 120 000 zł (update from 24.08.2013 - we still need 46 800 zł!).

Please help if you can:

Stowarzyszenie "Przymierze - Ziemia Piska"
Plac Daszyńskiego 11A
12-200 Pisz
Account number: 47 9364 0000 2002 2014 4915 0010
Title: Na leczenie Eweliny Olender
PayPal: ewelinaolender.de@gmail.com
Currency transfer details:

Account in EUR:
ING Bank Śląski
IBAN :PL 98 1050 1025 1000 0090 7717 9076
SWIFT/BIC INGBPLPW
(Title: Olender, 1913)

Account in USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL77 1600 1286 0003 0031 8642 6022
(Title: Olender, 1913)

Account for transfers in currencies other than EUR and USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
SWIFT/BIC: PPAB PLPK
(Title: Olender, 1913)

Thank you for your support!

DEUTSCH:

[26.08.2013 – Wir brauchen noch 43 800 zł]

Hilfe für an Leukämie erkrankte Ewelina! Jeder Euro zählt! 

Im Mai 2012 erkrankte 23-jährige Ewelina an AML (Akute Myeolische Leukämie.) Seitdem kann sie mehr kein normales Leben führen. Das Knochenmark produziert nur noch kranke Blutzellen, die einzige Möglichkeit der Rettung ist eine Knochenmarktransplantation

Doch nun (nach 15 Monate warten) hat Ewelina endlich Glück gehabt: Es wurde ein geeigneter Spender aus Deutschland gefunden – Ewelina wird eine Chance für ein neues Leben bekommen!!!
Die ersten 6 Monate nach der Transplantation sind eine „kritische Zeit“, in der sich oft der Erfolg der Behandlung entscheidet. So besteht in dieser Zeit nach Transplantation eine erhöhte Anfälligkeit vor allem für Virus-, aber auch Pilzinfektionen, und es gelten noch eine Reihe von Vorsichts- und Überwachungsmaßnahmen, die Ewelina einhalten müsst. 
Etwa 20000 zł (circa 4800 EUR) wird die monatliche Nachbehandlung kosten. 
Auf 6 Monate gerechnet entstehen dabei Kosten von ca. 120 000 zł (ca. 30 000 EUR). 

Krebskranke Ewelina kämpft um ihr Leben und braucht Eure Unterstützung!
Jede, selbst die kleinste Spende wird sehr hoch geschätzt und dankbar angenommen!
Jeder Euro zählt! Jede Spende hilft! Herzlichen Dank für Eure Unterstützung! 
Bitte helft weiter mit - teilt die Information oder spendet wenn es Euch möglich ist!
Ewelinas e-mail: ewelinaolender.de@gmail.com

Spendekontonummer:

Spende/Account in EUR:
ING Bank Śląski
IBAN:PL 98 1050 1025 1000 0090 7717 9076
SWIFT/BIC INGBPLPW
(!!! Title: Olender, 1913)

Account in USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL77 1600 1286 0003 0031 8642 6022
(!!!Title: Olender, 1913)

Account for transfers in currencies other than EUR and USD:
BNP Paribas Bank Polska SA
IBAN: PL62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
SWIFT/BIC: PPAB PLPK
(!!!Title: Olender, 1913)

PayPal: ewelinaolender.de@gmail.com

czwartek, 29 sierpnia 2013

Lawendowa mądrość



Zmusiłam się dziś do napisania w kilku miejscach, mój leń bierze się ostatnio z tego, że przez głowę przechodzi myśl za myślą i tak sobie te swoje myśli układam odpowiednio do sytuacji.
I nie przesadzę jeśli dodam, że wszystko układa się po mojej myśli ;)

Człowiek jak nauczy się rozmawiać sam ze sobą - to nie potrzebuje żadnego kompana i podpowiedzi zewsząd.
Na starcie każdej emocji jest ekscytacja, albo konkretny wkurw, potem do głowy puka rozsądek.

I tak też po wydarzeniach w lokalnym polonijnym radio, gdzie każdy rządzi się swoimi prawami, gdzie prezesi a dyrektorzy to jedynie tytuły dla najlepszych, którzy na Wyspy Brytyjskie jeszcze nie dotarli, tak też rozsądek zapukał i do mojej głowy.

Obdarowałam naocznie tą historią kilka mądrych głów, by wiedzieli kto jest kto i myślę, że nie ma czasu na to, by zajmować się tym dłużej.
Ja nie mam czasu!
Jak również nie mam czasu na żałosne romanse i układy, a że komunikatywna jestem i nie mam problemu z wyrażaniem swoich uczuć zaczynając od ekscytacji, a kończąc na konkretnym wkurwie - to potem dla innych jestem jak jakaś patka - łatka.
To już nie mój problem, trzeba być odpowiedzialnym, a nie dopasowywać się w jakiś szablon.

Ponieważ jestem kobietą i myślę zbyt racjonalnie, dmuchając często na zimne - poukładały się rozsypane puzzle w jedną logiczną całość i wystarczy jedynie fakt, że każdy swoją prawdę musi odnaleźć sam.
I tak też się stało.

W Londynie jest sporo ludzi, ale tylko tak naprawdę garstka takich, z którymi możesz coś zrobić - reszta ''biznesmenów'' kopiących dołek pod każdym konkurentem, biorących udział w wyścigach o spokój biznesu zamienia się powoli w niezłą sadzawkę, pociągając za sobą utalentowanych artystów, którzy sami nie radząc sobie z życiem potrzebują jakkolwiek tratwy, by jakoś przetrwać w tej sadzawce.
To jest wręcz niesamowite jak ludzie psują sobie na własne życzenie nazwisko.


Trzeba było postawić tamę.
Cieszę się, że rozsądek pukał i pukał, aż bolała głowa ;)


Ostatnie dni właśnie były pełne refleksji i porządkowania, to był też czas na odpoczynek i jakikolwiek dystans do tego co robię, co chcę robić.
Też naniosłam kilka poprawek do swojego codziennego grafiku, myślę że potrzebnych - bo wtedy, uda zrobić się znacznie więcej.
Konsekwencja to podstawa i by jej nie brakło trzeba również nauczyć się zachować odpowiednie proporcje, bo czasem takie dawanie z siebie 200% inaczej jest odbierane, aniżeli dawanie z siebie jedynie 90%.
Tylko czy Patka to potrafi? ;)

Na to jeszcze muszę poszukać odpowiedzi.
Wczoraj próbując ją znaleźć na lawendowych polach wpadłam z Moniką na pomysł, by zorganizować warsztaty dla kobiet chorych na raka - właśnie na takim polu pachnącym, kojącym.
Dziś pomyślałam, że kobiety ćwicząc swoje dłonie mogłyby zbierać suszoną lawendę, odpoczywając przy kubku lawendowej herbaty wymieniając się swoimi wrażeniami i zapachami wystawiać łeb do słońca.
Te kobiety z kraju mogłyby przywieźć swoje historie tutaj, by móc przekazać je tym kobietom mieszkającym w UK, które często w obliczu dramatu choroby zostają z nią same.
Przecież oprócz leczenia, potrzebne jest również pozytywne nastawienie do tematu choroby, nie każdy optymista przed chorobą jest optymistycznie nastawiony potem.
Ktoś może powie, co tam oddawanie włosów dla kobiet, co tam rozdawanie peruk, co tam dbanie o siebie w momencie, gdzie w sercu wali się życie, a twarz wykrzywia cierpienie, co tam, co tam?

A to tak dużo!
Dla niektórych nawet wszystko, by być koło drugiego człowieka, koło zdrowego człowieka, który czuje i chce być podporą.
I nie musi być, po prostu chce.
I to jest to 200%, o którym wspomniałam wcześniej - by być dla siebie, a jednocześnie dla innych.

Im dłużej się przyglądam wielu sprawom, tym dociera do mnie, że BYCIE to nie tylko między 9:00 a 16:00, że to nie tylko od pensji do pensji i jeśli ktoś próbuje ustawić mnie w tej samej lini myślącej dostaje pstryczka w nos.

Mam fajny plan na najbliższe miesiące tego roku, zamierzam dobrze wykorzystać ten czas, a pole lawendowe polecam każdemu, nie trzeba jechać do Prowansji, trzeba jedynie pozwolić sobie czerpać inspirację od innych.

Jutro wpis poświęcony Ewelinie Olender.

https://www.facebook.com/walkazbialaczka







Zdjęcia: Monika Król / Babski Londyn

https://www.facebook.com/MonikaKrolPhotoArt

piątek, 23 sierpnia 2013

TRZY palce, sześć paznokci



Piątek!
To będzie krótki wpis, jutro nadrobię zaległości.

Dziś mam kolejne doświadczenie w życiu, opuszczam swój warsztat, porzucam klawiaturę, ubieram buty na obcasie - no właśnie, o te buty chodzi właśnie ;)
Ciężko się przerzucić z trampek na buty na takim obcasie, do tego jeszcze z odkrytym czubkiem.
Trzeba paznokcie mieć wtedy starannie umalowane, najlepiej na czerwono.

Co zrobiłam?
Umalowałam i owszem, ale pierwsze trzy, które z buta będą wyglądać!


A nie można domalować już tych pozostałych ?!;)
Nie można, nie mam czasu na więcej!
Zesztą czy to ważne?
Dla mnie - mało ważne.
Ważny jest dzisiejszy dzień - bo nowy, bo dobrze się zaczął - i zamierzam go dobrze zakończyć, a wieczorem przy zmywaniu makijażu - zmyć czerwony lakier z trzech paznokci na stopach, a właściwie to z sześciu.

Listonosz przyniósł meGa słoneczną i fajną pocztówkę od meGa fajnych ludzi - to dobry start dnia :)

Zmykam!
Słonecznego dnia jakkolwiek go dziś zamierzacie spędzić :)

środa, 21 sierpnia 2013

Nigdy nie jest za późno na zmiany...

Ponieważ jestem podczas wstrząsu, jakiego doświadczyłam odkąd Karolina Gorazda podsunęła mi pod nos lekturę, zaczynam  się zastanawiać - czy nie wpadam w jakąś obsesję antyrakową ;)
antyrak Dr David Servan-Schreiber, o tej lekturze piszę.

Moje dwudziestoletnie dziecko patrzy na mnie jak na wariatkę, jak skaczę po łazience i przeglądam wszystko co na półkach stoi.
Wczoraj zapoznałam Olę z kolorową wkładką w książce.

Ta lista drobnych i poważnych przemian w życiu to przecież nic innego jak zmiana przyzwyczajeń, to proste.
Trzeba sobie tylko to uświadomić, poobserwować siebie, otoczenie w którym żyjemy.
Po przeczytaniu tej książki, okazuje się, że prawie wszystko z nami w porządku, bo styl życia, który prowadzimy jest dość zdrowy, ale wyłapałam kilka poważnych błędów, o których nie myślimy w biegu za życiem.

Właśnie!
W biegu za życiem, dobrze to napisałam.
Przecież to chodzi o nasze życie, życie naszych najbliższych.

Cieszę się, bo pomimo iż córka patrzy na matkę jak na wariatkę - ale to tylko dlatego, że od wczesnych godzin rannych do ...wczesnych godzin rannych - matka obłożona swoimi pasjami, pracą, obok stosowna literatura -  przeżywa i zmusza córkę do słuchania, daje Jej do myślenia.
Owszem nie uchronię Jej od wszystkiego, to jest niemożliwe, nie będę nawet Jej przekonywać na siłę do wielu spraw, które uświadamiam sobie ja sama bedąc dorosłym człowiekiem, ale mogę zrobić bardzo dużo.

Przedyskutowałyśmy sobie kilka kwestii, i tak wiemy, że perfumy pomimo iż pachną są tak naprawdę - beee, ale lubimy je i używać ich będziemy, natomiast jeśli możemy coś zastąpić - robimy to.
Przejrzałam całą zawartość wyposażenia łazienki, również i środki czyszczące, które używam w domu.
Lodówka jest w porządku, dbamy o to co jemy - ale od teraz podczas zakupów to nie tylko sprawdzanie daty ważności, ale sprawdzanie tego co kupujemy i co wkładamy do koszyka.
Do śmieci poszedł dezodorant - na samą myśl, że po ogoleniu pachy ładowałam na skórę aluminium, włosy stają mi dęba
( nieważne, że jestem łysa! ) - a jak już pomyślałam, że to samo robi moja córka, która zaczyna dopiero swoje dorosłe życie i nikt inny jak JA muszę Ją do tego życia przygotować i od tej strony też, bo gdy mnie kiedyś braknie - będzie wiedziała co jest ważne, by delektować się życiem, będzie wiedziała gdzie zajrzeć i przeczytać, będzie umiała spytać.

Sukin-Australian Natural Skincare -
odkryłam już dawno temu.
Pracując w pewnym świetnym Spa, gdzie medytacja była śniadaniem - znalazłam tę markę.
Wypróbowałyśmy z Olą prawie wszystko, od szamponów, poprzez wodę różaną do twarzy, skończywszy na kremie do stóp.
Mam kilka mega ulubionych pozycji, jak np. ROSE HIP OIL, który zawiozłam też do kraju dla Mamy, dla mojej byłej teściowej, dla przyjaciół.

A balsam do ciała?
Najlepszy jaki w życiu używałam!

Ceny tych produktów nie są mega wielkie, fakt że czasem kupowałyśmy coś innego, bo tańsze, bo nowsze i kusiło - a tak naprawdę analizując sobie to wszystko - to przecież wydajemy więcej na te ''śmieci'' z kolorowych tubek!
No i wypróbowałam naturalny dezodorant BEZ ALUMINIUM, polecam!
Mam kontakt do dystrybutora tych produktów w UK, skontaktowałam się już z Nim i stopniowo zamieniamy swoje te nabyte w ostatnim czasie kolorowe tubki na te drobne organiczne, dostawiamy do tych które są już w użyciu.

http://cressuk.com/Brand/sukin-uk-natural-skin-care

Chcesz dowiedzieć się co hamuje, a co pobudza komórki immunologiczne, jakie są główne czynniki stanów zapalnych, jakie warzywa są bardziej, a które mniej skażone?
Sięgnij po antyraka
!
Owszem, wszystkie wiadomości w tej książce nie mogą zastąpić opinii lekarza, jak również nie powinno się wykorzystywać tych wiadomości przy stawianiu diagnoz lub wybieraniu terapii - ale te naturalne metody lecznicze z pewnością przyczyniają się do zapobiegania nowotworom i wspomagają walkę z nimi, jak również stanowią uzupełnienie tradycyjnych metod - chirurgii, radioterapii, chemioterapii.


Każdy w domu ma swoją biblię, a na zmiany nigdy nie jest za późno.
Nie ważne ile masz lat - zawsze to dobry moment na to, by zacząć dbać o siebie, przecież to od nas zależy jak przeżyjemy to jedno życie.
Wczoraj łaziłam po drogeriach brytyjskich i przeglądałam to, co stoi na półce.
Personel obserwował mnie uważnie, myśląc że chce coś sobie wziąć.
Nie!
Nie chciałabym tego nawet za darmo!
Ja swoje w życiu już przeszłam, od jakiegoś czasu żyję inaczej - 
dla siebie, przy tym też dla innych, ale tylko w taki sposób, bym mogła czerpać naukę z tego.
Masz pytania, chcesz się dowiedzieć więcej, jakkolwiek - nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą, ale możesz spróbować, pisz na: rakowapatka@gmail.com

Ania Witowska, Life Coach, trener zmiany na lepsze, NLP Practitioner, założycielka Kobiecego Punktu Widzenia - napisała dziś rano do mnie:


...uwielbiam Twoje apostrofy i formowanie myśli! normalnie jestem tak wdzięczna, że chciało Ci się do mnie napisać, że uśmiech objeżdża mi całe ciało dziekuję Górze, że nas w jakiś sposób skumała, bo ślesz cudne wibracje w eter

staram się dzielić z ludźmi tym dobrym, które w nich widzę, a Ciebie wręcz czuję przez skórę

Mam podobnie - jest ostatnio w moim życiu kilka osób, pięknych osób - które wręcz czuję przez skórę.
To bardzo dobra energia!
I też pragnę podziękować Jackowi Maciejewskiemu, byłemu prezesowi Fundacji Rak'n'Roll - za to, że pokazał mi w życiu kilka pięknych spraw, nie wskazując paluchem.


Życzę Wam dobrego dnia z ogromnym zachwytem nad czymś maleńkim :)

PS. Patka nie wpadasz w żadną obsesję, po prostu wiesz co to profilaktyka! 

Proste to nie jest.

https://www.youtube.com/watch?v=T0o0H5ux8q4



Nie wiem ilu Panów zagląda na mojego bloga ...
Dziś - wpis skierowany jest do Nich właśnie, ale czy napewno tylko do Nich?
Przecież kobiety - myślę, że głównie kobiety dbają o zdrowie swoich najbliższych, zatem liczę na to, że po wpisie każda z Pań spojrzy inaczej na swoją męską stronę świata.
Od dupy strony, dosłownie.
W tym przypadku mogę tak to podkreślić ;)

Gadaliśmy o tej kampanii nawet w UK, są perspektywy, by do niej wrócić ponownie.
Czeka na swoją kolej w grafiku Patki - z czymś znacznie trafniejszym, aniżeli ostatnio.
Skoro można zorganizować warsztaty dla Pań, grupy wsparcia dla Pań - można też zrobić to dla Panów, by oswoić ich z tematem, by zdecydowanie częściej dbali o własne zdrowie.
By wiedzieli co to profilaktyka, po prostu.

Przecież jak to Panowie - o dupach - chętnie rozmawiają, tylko czemu im przychodzi tak opornie rozmawiać o raku prostaty?
Otwieramy temat zatem, przegAdamy go.

Co to jest biopsja prostaty?

Biobsja prostaty to badanie, w trakcie którego pobiera się niewielki fragment prostaty do badania mikroskopowego.
Pobrane wycinki prostaty służą do rozpoznania raka gruczołu krokowego.
Biopsja nie jest badaniem rutynowym, wykonuje się ją, gdy wyniki poziomu PSA przekraczają normę, a lekarz w badaniu per rectum wykrył nieprawidłowości w budowie prostaty.
Można ją wykonywać wielokrotnie.

Jak przebiega badanie?

Biopsja prostaty przebiega w znieczuleniu miejscowym, pacjent leży na boku.
Lekarz wprowadza przez odbyt sondę USG (sondę transrektalną) - dzięki której może obejrzeć prostatę na monitorze i ocenić jej stan.
Dzięki tej sondzie lekarz może też precyzyjnie pobrać wycinki do badania.

Czy biopsja prostaty może nieść za sobą jakieś powikłania?

Może.
Może nieść ze sobą szereg powikłań.
By uniknąć na przykład zapalenia jelita, o które łatwo ze względu na bakterie bytujące w jelicie grubym, pprzed badaniem stosuje się krótką antybiotykową terapię osłonową.
Po biopsji prostaty mogą wystąpić również:

* krwawienie z dróg moczowych lub z odbytnicy, które najczęściej ustępuje samoistnie, gdy jest bardzo silne lub długotrwałe, albo dojdzie do zatrzymania moczu, należy natychmiast zgłosić się do lekarza.

* krwawienie z odbytu może utrzymać się około 2-3 dni.
* hematospermia, czyli obecność krwi w nasieniu. 
Wszystkie te objawy powinny ustąpić do 4 tygodni.

Co dzieje się potem?


Po pobraniu - wycinki gruczołu krokowego są wysyłane do pracowni histopatologicznej, gdzie są oceniane przez biegłego lekarza.
Histopatolog podaje wynik biopsji gruczołu krokowego w tzw. skali Gleasona.
Skala ta służy do określenia dwóch dominujących pod względem objętości typów komórek nowotworowych i bezpośrednio koreluje z rokowaniem choroby.
W oparciu o wynik biopsji pacjent jest kwalifikowany do dalszego leczenia.

Źródło: poradnikzdrowie.pl

Rak prostaty to temat, na który się nie rozmawia.
Dotyczy wszystkich facetów.
Polecam zajrzeć na stronę Fundacji Rak'n'Roll i przekonać się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i aby żyć, czasem wystarczy się schylić.

http://www.raknroll.pl/

http://www.gadajbadaj.pl/


http://www.gadajbadaj.pl/