Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasia Markiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasia Markiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

Słowo na niedzielę / OŚWIADCZENIE w sprawie rak'n'roll



Niedziela. W Londynie dochodzi 7am. Jest bardzo ciepło. 
To będzie piękny dzień. Patrzę na swoją donicę życiodajnej soczyście zielonej mięty, którą wczoraj dostałam od pewnej młodej i mądrej kobiety, na parę godzin przed Jej odlotem do kraju. Spotkanie z Nią miało na mnie ogromny wpływ, gdyż jakimś cudem przekazała mi wraz z tą miętą pewną energię. I siłę, by świadomie podjąć decyzje. Interesowaliście się kiedyś swoimi czakrami?
Nie? Warto!

Osoby obdarzone wrażliwością, która pozwala widzieć czakry, określają je jako wiry energii, obracające się jak świetliste koła i emanujące każde własną barwą. Im szybciej wirują, tym więcej energii moga pobrać i przekazać. Gradacja energii, występująca w czakrach, reprezentuje subtelne odmiany kosmicznej siły życiowej. Obserwacja tych odmian wymaga punktu odniesienia, dlatego też na pierwszym etapie nauki trzeba w sobie rozwinąć "świadomość obserwatora", czyli "bycie w świecie, ale nie z tego świata", jak to się potocznie określa. 

Co to oznacza?
Oznacza to konieczność jednoczesnego przebywania na dwóch poziomach doświadczenia: pełne doświadczanie danej chwili i równocześnie obserwowanie tego samego z dystansu. Takie bycie świadkiem. Trzeba być wnikliwym obserwatorem gry, żeby zrozumieć, o co chodzi na boisku.

No właśnie! :)
O tym chce napisać, potraktujcie to jak pewnego rodzaju oświadczenie.

23 stycznia 2014r. świadomie zadecydowałam, że opuszczam szeregi rak'n'roll. Zrobiłam to tuż po tym, jak zostałam zaangażowana przez osobę chorą na raka, by Jej pomóc. Tą osobą była Śp. Kasia Markiewicz, dziewczyna która dwa miesiące potem zmarła. Na swój pogrzeb "zaprosiła" samego Ozzy Osbourne, na nogach miała czarne szpilki z czerwonym spodem. Tak jak chciała...

Od tamtego dnia moje życie bardzo się zmieniło. Ludzie, w których kiedyś umiałam dostrzec autorytet wyrządzili mi ogromną krzywdę. Tylko dlatego, że opuściłam tę ich klikę. Bardzo poważnie i dość boleśnie zostało naruszone przez nich moje i mojej rodziny życie prywatne. Udało im się znaleźć, a właściwie swoim sprytem podejść dziennikarkę, która byle szybko i byle jak, byle napisać. 

No i napisała ( tygodnik WPROST / marzec ). Włamano się do mojej i mojej córki prywatnej poczty mailowej. I wiem już też kto to zrobił. Gdybym zdecydowała inaczej, aniżeli zadecydowałam wczoraj pewnie straciłabym całe swoje słońce, które w sobie noszę od zawsze, swoją pozytywną energię zamieniłabym na tę negatywną, stałabym się zgorzkniała i paskudnie podła dla ludzi. Przekazałam swoją lupę innym. I dla mnie to jest najważniejsze. Ja zamknęłam tę sprawę wczoraj. Upchnęłam gdzieś na dnie serca, które zostało zdeptane przez tych ludzi ich brudnymi buciorami, ale nie na tyle, by nie umiało wybaczyć. Zatem ... wybaczam. Chce mieć to już za sobą, czeka na mnie wspaniałe życie, chce być na nie gotowa.

Zamknęłam, gdyż to miejsce, ta organizacja to pewnego rodzaju "świątynia" raka. Raka kolorowego, a jednocześnie smutnego. Pierwszy prezes, zachęcał by podnosić łeb do słońca, drugi z tego co pamiętam - nie zachęcał do niczego, a ten trzeci rozdaje słońce bez końca. Starają się nieść dobro, dzielić się nim ze światem chorych. Starają się jak potrafią i na ile pozwalają im możliwości. Należy jedynie pamiętać, że słońce w nadmiarze szkodzi. Ja się poparzyłam na tym słońcu! Może dlatego, że mój filtr ochronny był zbyt słaby. Może. Obolałe ciało długo reanimowałam. Dziś staram się wierzyć, że z tego poparzenia żadnego raka nie będzie. Dlatego Wam zalecam korzystać z tego słońca z rozsądkiem. A jeśli ktoś czuje się na tej plaży mało komfortowo i bezpiecznie, plażę proponuję zmienić. To proste! Przestać narzekać, że parzy, że promienie słoneczne szkodliwe i zmienić miejsce na może mniej słoneczne, ale zdrowsze. Po prostu!
Wierzę, że każdy z Was odczyta to we właściwy sposób.
Nie chcę już zajmować się czyimś życiem. Nie chcę boleć nad czyimś cierpieniem, często mi obcym. Nie chce brać za to żadnej odpowiedzialności. Jestem w tej lepszej sytuacji, że mogę powiedzieć o tym głośno, bo nie muszę dopasowywać się w jakieś ramy, nie pobieram za swoją pomoc żadnego wynagrodzenia, daje z siebie tyle ile chce i ile mogę. Dlatego uważam, że nie wyrządzam nikomu tym krzywdy. 
Podejmując tę decyzję kieruję się tylko i wyłącznie swoim własnym dobrem. Nie chcę tracić już ani jednego dnia na tę sprawę, ani grama swojego zdrowia.  Ja jestem zdrowa! Ludzie chorujący na raka często potrzebują słonecznej plaży, ale są i tacy, którzy pragną nieco cienia. Ja to zrozumiałam, a moje imię zostało oplute przez tych najbardziej "słonecznych" ludzi, tylko dlatego, że uważam iż prezes takiego miejsca, zwłaszcza jeśli choruje powinien być nade wszystko przykładem FAIR PLAY i serdecznym drogowskazem dla innych. To co doświadczyłam jako wolontariusz rak'n'roll traktuję jak NAJważniejszą lekcję w życiu. Pracę domową odrobiłam! Nigdy więcej nie będę wspierać i zachęcać do przekazywania jakkolwiek środków materialnych do takich organizacji charytatywnych z jaką ja się spotkałam, ale pewnie jeszcze nie jeden raz zaliczę maraton w intencji chorych na nowotwory. Tyle, że nie w takim słońcu! ;)

Dziękuję za wszystko każdemu!
Każdemu choremu, każdemu zdrowemu. Dostałam od Was najpiękniejszy dar jaki człowiek może przekazać drugiemu człowiekowi. Współodczuwanie, nie współczucie. 

Tym, którzy byli, są i będą oddaje kawałek swojego serca, na zawsze. Moja wspaniała przyjaciółka Monika, nadesłała mi w marcu to zdjęcie podpisując je tak:

"Tak sobie myślę Kochana,że my wiemy jaka jest prawda. Ty wiesz... popatrz, kto by pomyślał,że pomaganie to nie tędy droga... przecież po nas wszystkich kiedyś zostanie torba doświadczeń, na huśtawce swiata... a my.... gdzieś tam w przestrzeni... i człowiek człowiekowi taki los... smutne. Uściskuje ciepło. Prawda jest jedna. Ty nią jesteś."


fot. Monika Król Photo Art
               
Aż trudno uwierzyć, że wpis ten robię dwie godziny :))
Jest już po 9am. Piękny dzień na mnie czeka.
Idę do parku poleżeć na trawie, pogapić się w niebo.
W sukience po Śp. Magdzie Prokopowicz  postanawiam chodzić w tym sezonie częściej, bo mi się podoba, po prostu. Dziś już tę sprawę traktuję jak nabycie czegoś w charity shopie. Bez emocji!
Bluzka, cóż / różowy to nie mój kolor. Miała być na wyjątkową okazję, tak jak wyjątkowo ją traktowałam. Nie założyłam jej ani razu na siebie, odsyłam pocztą do miejsca w którym weszłam w jej posiadanie. Może dla kogoś innego ma większą wartość i moc. Szkoda by było, by mole się nią zajęły!
A książka? Ta, która miała być?
To smutna raczej historia, a ja lubię takie z happy endem. 
Jedną już ktoś napisał na ten temat, ci najbardziej "słoneczni" nie potrafili jej zaakceptować. Może sami dopiszą szczęśliwy jej koniec, po swojemu. A ja szczerze ją polecam. Dlaczego? Bo taki jest prawdziwy rak! Mało kolorowy, często hardkorowy.
Posyłam Wam kulę spokojnej i radosnej energii, łapcie!
Serdeczności,
Patka Pastwińska


http://rakowapatka.blogspot.co.uk/2014/03/magda-miosc-i-rak.html




piątek, 28 marca 2014

Kasia Markiewicz Time to say Goodbye



Dziś pożegnano Kasię Markiewicz, człowieka skromnego, pokornego  aż do bólu!, dbającego o uczucia innych ...












Ostatniej nocy mało spałam, a dziś Kasiu byłaś ze mną. 
Spacerowałaś ze mną po ulicach Londynu, byłaś ze mną w bibliotece, w parku, piłyśmy razem kawę. Wychodząc z domu książkę schowałam do torby, a Ciebie schowałam w sercu. Podśpiewując "Dreamer" - nieważne, że ja fałszuje bardziej, aniżeli śpiewam - żegnałam się z Tobą, po swojemu. Wybacz, że dziś mnie nie było. Zbiorę się w garść, i zajrzę do Ciebie - postaram się, byś nie musiała na mnie czekać zbyt długo.

I tak bardzo Ciebie przepraszam, za to co było trudne...
I dziękuję, byłaś moim najlepszym nauczycielem - jakiego tylko w życiu można spotkać. Postaram się nigdy nie stracić tych korepetycji z życia, jakich mi udzieliłaś. Będę tęsknić za Tobą i za Twoim ...
" pospałaś troszkę malutka?" ;)
Kasiu, noś głowę wysoko w chmurach.
Ty możesz!

Patka 

PS. I Magdzie tam na górze opowiedz o tym wszystkim, co tu się na dole wyprawia. Ja Tobie obiecałam. Dotrzymam!





https://www.youtube.com/watchv=4I0LZZDk5CA&list=PLmrJGkLA1GSM8GHGyK5p3ZFe3X0YZ4jVO

piątek, 14 lutego 2014

Wyrollowani / (FUJ) dacja Rak'n'Roll



Lubicie czerwony kolor?
Ja też! A zielone światło czasem rzeczywiście zapala się w odpowiednim momencie ;)

Przyjaciele, 
ponieważ w korespondencji, którą otrzymałam wczoraj było wręcz nakazane pisać w kolorze czerwonym, fakt wymagano innej trzcionki, ale co tam!
Przecież to mój kanał komunikacji i mogę pisać jak chcę i przede wszystkim co chcę, bo jestem odpowiedzialna za każde słowo, które tu zostawiam ;)


Ale do rzeczy.
Często, pytacie mnie - zwracając się o pomoc - do jakiej organizacji charytatywnej iść i starać się o status podopiecznego, dzielicie się ze mną swoimi doświadczeniami, które nabywacie podczas kontaktów z legalnymi przedstawicielami danego miejsca, zatem z ręką na sercu szczerze polecam:

Fundację AVALON - Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym
http://www.fundacjaavalon.pl/


Jest to sprawdzona fundacja przez kilku moich chorych znajomych, również chorych onkologicznie. 
Proces rejestracji trwa zaledwie 2-3 dni. 
Po założeniu subkonta chory ma możliwość sam kontrolować gromadzone na nim środki.
Jak?
W bardzo prosty sposób!
Metodą online logując się na swoim koncie jest w stanie kontrolować całą sytuację. Myślę, że to bardzo ułatwia sprawę.
Wczoraj otrzymałam kolejny sygnał, że warto polecić tę fundację.

Ale pytacie też o takie miejsca, których NIE polecam. 

I wtedy zadaje sobie wiele pytań, aczkolwiek potrafię na nie natychmiast odpowiedzieć.
Zatem ja z pewnością NIE polecam:

Fundacji Rak'n'Roll Wygraj Życie
- stąd ciemny kolor.


Dlaczego?

Ponieważ, jak wiecie - działałam w szeregach tej fundacji jako wolontariusz, dość długo i konsekwentnie.
Nie miałam żadnej podpisanej umowy wolontariackiej,
bo działałam w miarę możliwości i z własnej dobrej woli na ''rzecz'' w miejscu, które zamieszkuje, czyli w Wielkiej Brytanii. Niestety podczas swoich działań z ramienia tej fundacji nie mogłam liczyć na żadne wsparcie od jej przedstawicieli, inwestowałam w te przedsięwzięcia z własnych środków finansowych, poza przesyłanymi materiałami promocyjnymi, które opłacała fundacja. I było to w porządku, bo uważałam że w ten sposób dokładam swoją cegiełkę na "rzecz". Poproszono mnie nawet o zorganizowanie i przygotowanie warsztatów pięknościowych w moim rodzinnym mieście, w Łodzi. Koordynator zatrudniony przez fundację wybierał się wtedy na urlop, na wakacje - zatem zapytała, czy mogłabym się tym zająć. Jasne! Ja nie mogłabym?
Nie mając doświadczenia przy tym projekcie udało mi się zorganizować go, wisząc na słuchawce telefonicznej i obdzwaniając połowę łódzkich salonów fryzjerskich, potem chore Panie, fotografa jednej z łódzkich dobrych agencji, a nawet coś na ząb. Tak więc inwestowałam w to całą swoją energię, podczas gdy pracownicy i legalni jej przedstawiciele przebywali na wakacjach. Nawet pocztówkę dostałam z Chorwacji od jednego z przedstawicieli. Ładna, fakt.
Ludzie wypoczywali, urlopy popłacone, a ja w pełnej gotowości działaczka wolontaryjna! Śmiali się moi znajomi ze mnie, że aż tyle czasu mi to zajmuje. Śmiali, ale też wspierali - bo doceniali mój trud. No i przecież cała idea - to było to!
Takich akcji było kilka, nawet  z udziałem ludzi kultury i sztuki (ostatnia Daj Włos!) - fine, dobrze było jak się działało i tylko wtedy.

Ale do rzeczy.
22 stycznia tego roku miała miejsce pewna przykra sytuacja, która to otworzyła mi oczy, gdyż nie godziłam się z nią - po podjętych przeze mnie próbach rozwiązania jej, a które w efekcie doprowadziły do mojego złożenia broni (zrzuciłam z nadgarstka bransoletkę Wygraj Życie, spakowałam wizytówki w kartonik) - gdyż legalni jej przedstawiciele byli zgodni, co do tego że postępują właściwie - czyli uważali,  że chory paliatywnie pacjent, który stara się o status podopiecznego -
nie ma prawa do słabości, przez co został bardzo nieładnie potraktowany przez prezesa tej fundacji - krótko mówiąc - aroganckie i chamskie zachowanie tej osoby w stosunku do ciężko chorej, bezradnej, znajdującej się często w dramatycznej sytuacji życiowej. Było to tolerowane przez innych członków zarządu - dla mnie było nie do przyjęcia!
Zraziłam się okrutnie podczas prowadzenia rozmowy w formie czatu na profilu społecznościowym Facebook - między załamaną chorą osobą a prezesem tej fundacji - ja gdzieś w tym wszystkim brałam udział. Nie do przyjęcia jest to, że prezes tej fundacji również jest chora onkologicznie i nie potrafiła w tamtej sytuacji zdobyć się na odrobinę empatii, skierowanej do swojego rozmówcy. Powinna traktować Go na równi ze soba, a w tej sytuacji nawet o głowę wyżej! 

Zawartość mojej poczty służbowej, z tamtego dnia i kolejnego, i kolejnego ... przerzuciłam do swojej prywatnej skrzynki. Skrzynkę zwróciłam do fundacji.
To właśnie dlatego - salon V & S Hair & Beauty wycofał się z akcji "Daj Włos!", bo źle potraktowany człowiek - to przyjaciel salonu, z którego poproszono mnie o pomoc w dostaniu się chorej do tej fundacji, którą wspieraliśmy tutaj wszyscy.
Wszyscy ci ludzie wiele razy podkreślali, że dzięki mnie zaczęli ufać ponownie w działające fundacje.
Nigdy już nie wejdę w szeregi takiej organizacji, z pewnością nie w kraju - i tak jak zawiodłam się na ludzich, których szanowałam, podziwiałam - tak jeszcze nigdy wcześniej.
Fundacja ta nawet nie zadała sobie trudu, by zalegalizować działalność z salonem w Londynie!
A ja poszukiwałam organizacji charytatywnej w USA, która to pomogłaby przepchnąć transfer kilku tysięcy dolarów do tej fundacji, pieniądze na "rzecz" - od darczyńcy ze Stanów.
I przyznam szczerze, przy tym projekcie już pojawił się ogromny "?"...

Chciałam polecieć do kraju i porozmawiać. 

Kupiłam bardzo szybko najtańszy bilet na samolot, ale po tym jak pozbawił mnie złudzeń były prezes tej fundacji - nie miałam wątpliwości - jak się tam traktuje trudne przypadki, po prostu się ich nie ogarnia, zamiata się problem pod dywan, a ludzi stawia się pod ścianą i rozdaje fanty, w zależności od nastroju. Nie poleciałam! Szkoda mi było mojego czasu i pieniędzy. Uznałam, że już zbyt wiele zainwestowałam w tę działalność na "rzecz" tej fundacji.
Nastąpił ciąg zdarzeń, nieprzyjemnych - rzecz jasna.
Usuwano moje wpisy, usunięto opublikowany tekst na portalu naTemat.pl, którego byłam autorem. Bardzo pozytywny tekst, który opublikował zarząd tej fundacji. Zapytałam. Dostałam wiadomość. Okłamano mnie! Człowiek, który był gościem w moim mieszkaniu, był gościem mojego dziecka posuwał się do czegoś takiego, nie było na to mojej zgody!
Postanowiłam sprawdzić sama - co sie dzieje, do diaska! - skontaktowałam się z redakcją portalu naTemat.pl i sama dowiedziałam się, że tekst został usunięty przez kogoś kto ma dostęp do konta. Logiczne dla mnie to było od początku, ale dobrze jest zapytać, a potem się upewnić. Bo przecież najważniejsze są  INTENCJE, czyż nie?
A dzień wcześniej tak ładnie i serdecznie mnie żegnano na stronie tej fundacji. Typowe, jak na speca od PR!

Od tamtego maila, od tamtego dnia jestem bardzo źle traktowana poprzez legalnych przedstawicieli tej fundacji. Wczoraj kolejny raz mnie zastraszono, nasłano już na mnie prawnika, z pismem. Nie tak dawno jeszcze, bo w grudniu moja Mama robiła dla tych ludzi swoje lalki...
Jest mi wstyd!
Nie ma mojej zgody, na takie traktowanie człowieka.
Na takie traktowanie mojego dziecka, które patrzy dziś na mnie i nie potrafi mnie zebrać do kupy!
Czuję sie fatalnie, to prawda. Został zastosowany wobec mnie w sposób bardzo nieładny szantaż emocjonalny. Dziś jestem w kiepskiej formie, mam całe obolałe ciało - bo czuję się jak zbity pies, ale staram się działać pełną parą - bo chora Sandra, bo chora Kasia mnie potrzebuje, bo chce zapomnieć o tym koszmarze, jaki mi zgotowała ta fundacja.
Byłam u swojego lekarza, opowiedziałam mu, jak się czuje. Każdy jest przyzwyczajony do tego, że Patka nie narzeka, nie skarży się,  jest zawsze w mega formie.
...
Do dziś zastanawiałam się co z tym zrobić.
Rzeczywiście podjęłam pewne kroki, skontaktowałam się z ludźmi, zdobyłam też dodatkowe informacje, a ponieważ sporo wiem, bo tak się składa, że podjęłam się jakiś czas temu - robieniu materiału o zmarłej Prokopowicz, która założyła tę fundacją i zmarła na raka w 2012r. - a która mnie zainspirowała do działania - to wiem, po prostu. Ja, która chciała przeznaczyć dochód ze sprzedaży tej książki na fundację, wierząc w nią? Ponadto jestem w posiadaniu pewnych niewygodnych informacji - a, że nie podpisywano ze mną żadnej "lojalki" - w taki też sposób postanowiono mnie uciszyć.
Pismo, które otrzymałam od człowieka, który reprezentuje fundację - jest powodem mojego śmiechu, a jednocześnie łez.
Jestem w stanie pokazać każdemu, kto zechce tylko zobaczyć to pismo, gdyż nosiłam się z zamiarem zwrócenia uwagi Rady fundacji na całą sytuację. Rozmawiałam w między czasie z dziewczynami, które zostały zwolnione z tej fundacji w sposób mało humanitarny. Skontaktowałam się również z mediami. Postanowiłam odczekać jakiś czas, ostudzić emocje, odzyskać formę - dziś ponownie byłam u swojego lekarza w związku z tym, gdyż jestem osobą z niezłym powerem na życie - ci ludzie - próbują mnie go pozbawić. Udało im się przez moment, moje dziecko jest świadkiem mojego cierpienia, jak również ludzie - którzy wierzyli w to, co robili dla tej fundacji.
Nie opisałam każdej sytuacji wspólnej naszej, bo jest tego sporo - ale jest na to pełna dokumentacja, w postaci zdjęć, materiałów publikowanych tematycznie związanych z fundacją, korespondencji poufnej z legalnymi przedstawicielami tej fundacji, korespondencji prywatnej, smsów. Jest!
Dziś, po otrzymaniu kolejnego sygnału, przez który odczytuje - jak niebezpieczni są to ludzie - już mnie nic nie zdziwi!
Oczekują ode mnie, że ich przeproszę (!) publicznie i sposób w jaki się o to do mnie zwrócono, pozostawia wiele do życzenia.

NIE ZROBIĘ TEGO!

Bo nie uważam, że muszę, że powinnam.
Zostałam zaBANowana na stronie fundacji, zatem to jest brak INTENCJI w stosunku do chorych ludzi, których jak wiecie wspieram - tyle że leży on po stronie fundacji, a jednocześnie przykład na to, że są jakieś sygnały, przed którymi warto się schować. I tyle w tym temacie.
Jestem w stanie przekazać sprawę, ktokolwiek się do mnie w związku z tym zgłosi. Ja nie mam nic do ukrycia, co dotyczyło mnie w okresie mojej aktywności dla tej fundacji.

Dlatego NIE polecam tej organizacji nikomu, a z pewnością chorej kobiecie, która będzie odsyłana od maila do maila. Znam takie! Są dziś w innych miejscach, zadowolone i bez narażania się na ogromny stres wynikający z organizacji tej fundacji. Po prostu. I są w stanie powiedzieć o tym głośno, jak zostały potraktowane i jak oceniają to miejsce.
Czy rzeczywiście jest tam kula dobrej energii?
A może "Łeb do słońca" robi się już przereklamowany?

Tym samym posyłam kulę energii dla tych, którzy zostali skrzywdzeni jakkolwiek przez ludzi, którzy zebrali się w tym miejscu by służyć innym. To nie jest agencja PR raka, to jest fundacja. A to do czegoś zobowiązuje!
PR raka macie opanowany, ale prawdziwego ratowania ludzi - musicie się jeszcze trochę pouczyć!
Z pewnością udało się też kogoś skutecznie wyleczyć, zatem miejsce jako miejsce - jest potrzebne, tyle że z lepszą, bardziej przyjazną energią, a tę przynoszą ludzie. Mam korespondentki, które cudownie wspominają zmarłą Prokopowicz, są i takie - które za Nią tęsknią. To o czymś świadczy! O człowieku.

Żyjemy w Europie, a to znana fundacja, a więc podmiot poddawany opinii publicznej, zatem MAM prawo do krytyki, ja i ktokolwiek inny również!

Oczekiwano ode mnie wpisu przepraszającego na moim blogu, na moim profilu na Facebooku, zażądano by był zamieszczony przez 30 dni. Spełniam to życzenie! Te zapisane moje wrażenia - będą tutaj przez 30 dni. Nie pojawi się przez ten czas żaden inny wpis, lubię spełniać życzenia innych,  sprawia mi to ogromną radość.
Serdeczności.
Patka Pastwińska
Londyn

PS. Fundacjo, proszę nie straszyć mnie sądem!
Nie zasłużyłam sobie na to! A jeśli tak się zdarzy - podejmę wyzwanie, i dobrze mnie znacie - lubię wyzwania!
Fundacjo, DOinformuj swojego radcę prawnego,
bo chyba sporo pominęłaś ;)

Jak również proszę nie nasyłać na mnie chorych ludzi, przez Was manipulowanych, którzy próbują mnie obrażać.
To jest odrażające co robicie z tym ludźmi!
Gęba wygadana do telewizji, a od kuchni takie chamstwo!
Teraz zamierzam poświęcić swój czas mojemu dziecku, które okradałam z niego przez 1,5 roku. I jak to się mówi po Waszemu... POKAŻ FAKA dla raka! Więc pokazuję, bo nie zamierzam go otrzymać od Was na "goodbye" - to co robicie jest stresogenne, a chyba powinniście wiedzieć najlepiej - co to profilaktyka, hę?
Podnoszę to ryzyko, bo ... zawsze mówię chorym:
Never Give Up!

Były prezesie, na jaki adres odesłać Twoje niebieskie klapki ? - zostały u nas, zapomniałeś ich spakować!

Fuj!